Biuro defektystyczne - Defektor Kruger

Kurtyna się uchyliła. Na scenę wyszedł wielki, niebagatelnie gruby murzyn. Jego łysa czaszka lśniła niczym brylantowy żyrandol. Olbrzym podszedł do stojącego nieopodal słonecznego gongu i zamaszystym ruchem wyrżnął w śliską powierzchnię. Fałdy tłuszczu na jego ciele popłynęły na fali rozprzestrzeniającego się dźwięku. Murzyn padł zemdlony. Był to sygnał do rozpoczęcia balu.

Tańce rozpoczęły się objawieniem. Na parkiet wyszli hrabia z hrabiną, otoczeni świtą małych chłopców. Chłopcy z kastracką pieśnią na ustach podeszli do płonącego po środku ogniska. Wyciągnęli swe wybrakowane przyrodzenia i naszczali w płomienie. Zapachniało uryna. Hrabia, ten stary kozioł, naszczał na hrabinę. Zawirowało, gdy nagle pojawili się inni tancerze, knury ze swymi lochami. Kwicząc pod niebiosa zawirowali w balecie swych nieposkromionych chuć. Każdy piruet zbliżał do rzeźnickiego sanktuarium.

Ze ściany, na lśniacych łańcuchach zwisały pięknie zakręcane, metalowe haki. Mały człowieczek z papierową torbą na głowie zaciekle ciął powietrze swym ogromnym tasakiem. Z dwóch wyciętych otworów wyzierały przekrwione oczy szaleńca. Był fantastą zarażonym ideą metrowej kiełbasy.

Świnie przywdziewały kombinezony. Już wkrótce czekała je podróż ich życia. Zmetamorfowane w kotlety, zahibernowane w panierce z jajka i bułki, miały wylądować na talerzu - płaskiej planecie kulinarnej rozkoszy. Zrazy wieprzowe, heroiczni badacze galaktyki Układu Trawiennego. Ostatnie życzenie
i kwik wniebowstąpienia. Słodki jak krew świst tasaka odcinał głowy od tułowia. Oddech opuszczał sklejone flegma religijnego uniesienia płuca. Psy wyły spragnione soczystych kości. Oczy pływały w rosole.
- Czy to mięsko jest tak świeże i smaczne na jakie wygląda?
- Ależ oczywiście.
- To poproszę kawałek.

powrót

© 2002 Mleko.BarMleczny.com