|
Pfitz Magenton "Psy III"
Pfitz Magenton jest Amerykaninem mieszkajacym w Warszawie. Wracał autobusem
z pracy i pech chciał, że sprawdzali bilety. Pfitz miał miesięczny,
ale zostawił go w innej kurtce. Kiedy wysiadł z "kanarami"
na pl. Waszyngtona cały czas szukał w teczce ważnego biletu. Pfitz w
momentach dużego stresu, wkładał rękę do walizki i gładził kaburę swojej
broni, czasami poprostu przyciskał walizkę do siebie. Taki już był,
wychował się na dzikim zachodzie, w Teksasie.
- Dlaczego pan nie ma biletu? - spytał się "kanar", kiedy
przez myśl Pfitza Magentona przeszło, żeby użyć swojej broni.
- Zostawiłem w innej kurtce - idzie wiosna i zmieniłem palto na tę wiatrówkę,
zawsze mam bilet, zawsze.
- Ale teraz pan nie ma. Wie pan ile wynosi kara za jazdę środkami komunikacji
miejskiej bez ważnego biletu?
- Don't know.
- Amerykanin?
- Yhym - przyznał się Pfitz.
- Pięćset złotych i jeśli zapłaci pan teraz, zapomnimy o całej sprawie.
- Ile? - podniósł głos Pfitz Magenton - to bezprawie, chcecie mnie panowie
naciagnać!
- Chyba, że woli pan iść na psy...
Tymczasem na komisariacie, dedektyw Tadek Rudkowski przegladał zgłoszenia,
żeby trafić na jakiś ślad i zauważył pewną prawidłowość. Co jakiś czas
na pl. Waszyngtona biały mężczyzna popełnia zbrodnię - strzela do psów.
Rudkowski lubił kombinować, to trzeba mu przyznać. Nie brał się za proste
sprawy, lubił seryjne przestępstwa i właśnie dlatego przezywano go dedektywem.
Na przykład - "Dedektyw, znów zapomniałeś wyłaczyć świateł w samochodzie"
i tak dalej... Więc właśnie, kiedy Rudkowski przegladał akta zamordowanych
psów, do komendy weszło trzech mężczyzn: dwóch "kanarów" -
naciagaczy i Pfitz.
- Co się stało? - spytał pies Rudkowski, żeby przyspieszyć, bo znał
"kanarów".
- Bez biletu i nie chce płacić. Insynuuje, że chcemy go naciagnać. (Rudkowski
bierze 20%)
- To nieprawda, dałem tym panom paszport, ale kwota, jaka wymienili
jest zawyżona.
- Ile wynosi kara za jazdę bez biletu? - spytał Rudkowski kontrolera.
- Pięćset złotych. Jeżeli zapłaci pan teraz, zapomnimy o całej sprawie.
- Panowie, panowie...
- Amerykanin - kanar puścił oko do policjanta.
- Proszę pana - zwrócił się do Pfitza Rudkowski - widzi pan te dokumenty?
To sa akta sprawy o najwyższym priorytecie. Wielokrotne morderstwo w
okolicy pl. Waszyngtona. Niech pan zapłaci ta cholerną karę i nie zawraca
mi głowy, muszę dorwać tego przestępcę. Rozumie pan?
- Lepiej niż się panu zdaje - odparł Pfitz i wyciagając broń doznał
nagłego olśnienia - jesteście w zmowie z psami, wszyscy chcecie mnie
naciągnąć.
No cóż, naciągacze spojrzeli po sobie. Rudkowski zajrzał do paszportu:
- Panie... Magenton, zapomnijmy już o całej sprawie, nie chcemy żeby
komuś się stała krzywda, prawda?
- Psy i kanary w zmowie, to ci dopiero...
- Niech pan odłoży broń i porozmawiajmy, możemy się jakoś dogadać, rozłożymy
tą karę na raty.
- Passskudne psssisko... - syczał Magenton, wiecie jaki się robi, kiedy
coś nie idzie jak powinno.
- Hej, czy ty nie jesteś... - Magenton strzelił natychmiast, policjant
padł martwy.
- Jestem Pfitz Magenton, suczesyny. Mnie chcieliście psami postraszyć?
To ja jestem dozorcą, który pilnuje, żeby mi pod domem psy nie brudziły,
to moje akta.
"Kanarzy" stali wmurowani. Magenton sięgnął po teczkę, lecz
w tym momencie z za biurka złapała go ręka Rudkowskiego: "Mam cię!"
- krzyknął ranny pies, widocznie nie do końca zabity. "Kanarzy"
też rzucili się do ataku.
- Pięćset złotych i jeśli zapłaci pan teraz, zapomnimy o całej sprawie.
powrót
|